Jego historia zaczęła się od telefonu. Takie telefony zdarzają się nam niestety często.
Pan Heniek z miejscowości S. koło Siedlec (prawdziwe imię, nazwisko i nazwa miejscowości znane redakcji ;-)) zadzwonił do Fundacji z prośbą o pomoc dla psa. On sam nie może się nim już zajmować. Psa znalazł pod koniec zimy, błąkającego się przy drodze. Trudno było go nie zauważyć - wyglądał przerażająco. Tak, że nawet pan Heniek, który prowadzi od lat gospodarkę, wydelikacony nie jest i nawykł do rozmaitych obrazków, musiał się zatrzymać i jakoś pomóc. Pies wyglądał jak obciągnięty bardzo suchą i cienką skórą kościotrup. Słaniał się na nogach, kulał na obie przednie łapy. Każda wykręcona w inną stronę. Pan Heniek umieścił psa w komórce, dał chleba namoczonego w wodzie. Pies przyjął to jak dar nieba. Mieszkał w tej komórce i jadł chleb kilka dni. I był za to niepomiernie wdzięczny. - Miły ten pies - opowiadał nam pan Heniek przez telefon. - Łaskawy taki.
Ale żona pana Heńka łaskawa nie była. Straciła cierpliwość, pomstowała, ganiała starego, żeby zrobił ze znajdą porządek. Pan Heniek poszedł więc do gminy. Pani od ochrony środowiska załamała ręce. - Gmina nie ma pieniędzy na takie znajdy. Dzieci, bezrobotni, kombatanci - wszyscy wyciągają ręce po pieniędze. A teraz to nawet psy! - lamentowała. - To co mam zrobić? - stracił cierpliwość pan Heniek. - A to, co ludzie tu u nas robią. Zawieźć kundla na wysypisko śmieci. Plączą się tam już cztery, będzie i piąty - poradziła rezolutnie pani od ochrony środowiska urzędu gminy. Gminy, której ustawowym obowiązkiem jest opieka nad bezdomnymi zwierzętami - dodajmy.
Pan Heniek, jako że dociekliwy, poszedł do miejscowego komendanta Policji. - Ano tak, pieniędzy nie ma, dzieciom zabrać, a na psy dać? - komendant zdecydowanie podzielał zdanie pani od ochrony środowiska.
Pan Heniek, jako że dociekliwy, wsiadł na rower, pojechał na wysypisko. Rozgląda się, czy są tam jakieś budy, kojce, miski może... Kiedy nic takiego nie zobaczył, zagadnął człowieka, który pilnował interesu. - Kierowniku, a gdzie te psy chowacie? - Jak to gdzie? No tu, pod śmieciami - powiedział "kierownik", od niechcenia grzebiąc piętą w warstwie śmieci. - Łopatą trzeba, czasem mocniej, bo niktóre bestie takie żywotne. No bo co innego? Hodować toto tutaj? A niby za co? - "kierownik" wyeksplikował sytuację jak mógł, najrzetelniej.
Dociekliwy pan Henio nie dał za wygraną. Znalazł gdzieś informację, że jest takie schronisko w Ostrowi Mazowieckiej, co to psy z Siedlec odbiera. A że Siedlce niedaleko, zadzwonił. I tak trafił do nas pies - Jasiek Bond. Nikt go oczywiście nie dał do schroniska. W takim stanie nie przeżyłby tam ani miesiąca. Był osłabiony,wycieńczony, ciągle potwornie obolały. Lekarze przypuszczają, że potrącił go samochód. Połamał obie przepdnie łapy. Pies nie mógł chodzić, szukać jedzenia. Leżał więc w krzakach, "wylizywał się". Kiedy łapy jako tako się pozarastały, wyszedł z ukrycia i spotkał pana Heńka.
Psem zajęła się nasza koleżanka, mieszkająca w Siedlcach. Dała mu dom na jakiś czas, tak zwany dom tymczasowy. Leczyła, odkarmiała, patrzyła, jak rozkwita. Jak bardzo jest wdzięczny za opiekę, garnie się do ludzi, cieszy z każdeo gestu. Jasiek przytył 6 kilogramów, jego łapy zostały podreperowane, sierść zaczęła błyszczeć. Bardzo się zmienił. Ale nie miał wciąż tego, co najważniejsze - swojego miejsca na zawsze.
Nazwaliśmy go Jasiek. Jasiek Bond. Dlaczego? To już zupełnie inna historia.
Znów zadzwonił telefon. W słuchawce ciepły, kobiecy głos. Długa rozmowa o psach, o ludziach, o tym, jak siebie wzajemnie potrzebują. Jak dobrze się rozumieją, zwłaszcza ci ludzie i te psy - te istoty, które zostały odtrącone, są niechciane, komuś zwyczajnie zawadzają.
I tak Jasiek zamieszkał w kameralnym domu opieki dla osób starszych. Prowadzi go osoba o wielkim sercu i ogromnej wrażliwości. Kocha psy i tą miłością potrafi zarażać innych. Jasiek ma tam najlepszą z możliwych opiekę i to, czego pragnie najbardziej - wiele rąk do głaskania, wiele oczu, w które może z wdzięcznością spoglądać. Już pierwszego dnia z radością towarzyszył pensjonariuszom w świetlicy. Zaprzyjaźnił się szczególnie z jednym panem, który - jak mówił - całe życie bał się psów.
Ten pan także ma na imię Heniek :-)
Będziemy dostawać wieści od Jaśka, będziemy je tutaj zamieszczać.
Tymczasem zaś bardzo serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy mu pomagali, otaczając wirtualną opieką, finansując jego leczenie, karmę. Gdyby nie Wy, ta historia nie miałaby takiego zakończenia.
Kochani - dziękujemy.
Tagi: szczęśliwe zakończenia, jasiek bond
skomentuj (0)
Dom znalazło także drugie "zimowe nieszczęście", o które bardzo się martwiliśmy. Maleńka suczka, znaleziona gdzieś pod Ostrowią Mazowiecką, na terenie ogródków działkowych. Kiedy została wyrzucona z domu? Nie mamy pojęcia, ale wiemy na pewno, że była domową suczką. Być może działkowicze dokarmiali ją do późnej jesieni, a potem wyjechali. Suczka została tam, gdzie się nią zaopiekowane. Tyle że już całkiem sama i... w ciąży. Gdy ją znaleziono, próbowała ogrzać szczenięta. Ale wszytskie juz były zamarznięte. Ona sama także prawie zamarzła. Zabraliśmy ją ze schroniska, bo tam nie miała żadnych szans, by przeżyć. Trafiła do szpitala, potem do hoteliku dla psów, wreszcie do nowego wspaniałego domu.
Niestety, mróz i głód zostawiły ślad - ostry stan zapalny dróg rodnych. Jej nowa Pani zareagowała błyskawicznie, Pchełka była na czas zoperowana i wszystko skończyło się dobrze.
Teraz Pchełka Pchełką już nie jest. Została Sarcią, ma do towarzystwa uroczego i zakochanego w niej absolutnie Gucia. Dba o nią wspaniała Pani, osoba bardzo ciepła i wrażliwa, i Pan, który sam miał poważne problemy zdrowotne. Doskonale więc rozumie każde cierpienie.
Maleńka, życzymy Ci wszystkiego najlepszego. I jesteśmy pewni, że te życzenia właśnie się spełniają!
Przy okazji też serdecznie dziękujemy Osobom, które Pchełce pomagały (także finansowo).
Tagi: szczęśliwe zakończenia, pchełka
skomentuj (0)